Archiwum

Mój amerykański chłopak

By  | 

Pięć lat, sześć miesięcy i trzy dni temu był piątek trzynastego. Z Pawłem, zwanym Bożeną, zastanawialiśmy się co robić wieczorem.

– Ras?
– Ko.
– Dwa?
– Ko.
– Uto?
– O!
– Toro?
– No.

Typowe dylematy warszawskiego geja. Wszędzie byliśmy już po tysiąc razy, a plac Zbawiciela służył wtedy do wytwornych wietnamskich kolacji w Que Huong.

W końcu wspólnie postanowiliśmy, że dawno nie byliśmy w Wildzie, gdzie siedząc przy barze można było jednocześnie cieszyć oczy koncertem Kylie Minogue i nie wierzyć tym samym oczom, gdy na drugim ekranie działy się takie rzeczy, że nagle okazywalo sie, że jestem strasznie pruderyjny. Można też było odrzucać zaloty, a nic nie poprawia humoru (oraz ego) jak odrzut.

I do głowy mi nie przyszło, że będzie tam on – mój amerykański chłopak, który trafił w to samo miejsce dzięki jakiemuś przewodnikowi. Potem powiedział mi, że byłem jedynym Polakiem, który z nim porozmawiał. Bo Polacy nigdy się nie odzywają, szczególnie w komunikacji miejskiej, aż czasem trzeba wysiąść z autobusu z powodu tej krępujacej ciszy. I ta rozmowa właśnie spowodowała, poza oczywistymi oczami, ustami, tatuażami i całą resztą, że dziś jesteśmy zaręczeni.

Warto w klubie otworzyć usta. Nawet jeśli dla rozmowy. Wszystko zdarzyć się może.

wadowice24