Archiwum

Dancing

By  | 

W „Pożegnaniach” Lidka mówi do Pawła „To wielkie świństwo taki nocny lokal z fordanserkami”. O tak, to świństwo. Ale nie o tym miała być mowa. Ja po prostu chciałem przypomnieć, że w tym lokalu i pod tym adresem działy się historie dużo ciekawsze niż by miało o tym świadczyć logo działającego tam teraz klubu. Po szczegóły odsyłam do wspomnianych lektur, a jeśli ktoś znajdzie to tajemne przejście do budynku KC to poproszę o informację.

Idąc od Ronda de Gaulle’a w stronę Placu Trzech Krzyży, po prawej stronie widać ślepą boczną ścianę wysokiej kamienicy, na której wisi od dawna nieczynny neon z napisem DANCING. Przecież tam nie ma żadnego dancingu, powtarzałem sobie przez całe lata 90-te. Ale ale. Kamienica powstała przed wojną, na miejscu zburzonej innej, niższej kamienicy, po detale odsyłam do serii książek Jerzego Majewskiego z cyklu „Warszawa nieodbudowana”. To chyba było w tomie o latach trzydziestych XX wieku. Przytoczyłbym tutaj jakiś zgrabny historyczny cytat z tej pozycji, ale nie mogę jej znaleźć, nie jestem nawet pewien, czy ją jeszcze mam, ale czytałem na pewno.

O co mi chodzi? Jak już wspomniałem, kamienica powstała w latach 30-tych XX wieku, jej parter oraz poziom minus jeden zostały przeznaczone i zaprojektowane pod klub nocny. Ojej, co się tam działo. W sumie nie wiem, bo nie byłem tam przed wojną, ale ślady tego można znaleźć w literaturze. Działał tam przed wojną lokal nocny o nazwie Paradise popularnie zwany Paradyżem czy coś w ten deseń. Nie wiem, czy właściciele jednej z pierwszych gejowskich dyskotek w Warszawie odwoływali się do tych przedwojennych tradycji, ale z nieznanych mi bliżej powodów bardzo chcę w to wierzyć. Może dlatego, że był to pierwszy klub gejowski, w którym byłem, regularnie bywałem i mam stamtąd masę miłych wspomnień. W każdym bądź razie to tam zawiązuje się akcja jednej z moich ulubionych książek wszechczasów czyli „Pożegnań” Stanisława Dygata. Główny bohater powieści, Paweł, poznaje tam Lidkę, sfrustrowaną fordanserkę, po czym uciekają razem w wiejskie zacisze. Nie będę tutaj spojlerował, zachęcam do przeczytania albo do obejrzenia ekranizacji w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. Ach, co za piękny film, widziałem go tyle razy, że mógłbym oprowadzać po nim wycieczki. No ale to o miejscu, a nie o filmie miała być mowa. Lokal w powojennej Polsce funkcjonował pod tą samą nazwą, tak mi się przynajmniej wydaje, bo pojawia się w kolejnej mojej ulubionej książce, czyli w „Małej Apokalipsie” Tadeusza Konwickiego. Nie ma tam już tej przedwojennej świetności, orkiestra gra znane zagraniczne szlagiery od końca albo zmieniając w nich kilka nut, żeby uniknąć płacenia tantiem. Główny bohater zjawia się tam w pewnym celu (nie będę spojlerował), po czym jest prowadzony przez tajemne podziemne przejście do gmachu po drugiej stronie Nowego Światu, czyli do siedziby Komitetu Centralnego PZPR. Ojej, co się tam działo. Nie powiem co, odsyłam do książki.

Sytuacja wyglądała tak: na mapie Warszawy jest miejsce, gdzie przychodzili autorzy i bohaterowie książek, które czytałem, a ja nie mogłem go zobaczyć na własne oczy, bo lokal był wiecznie zamknięty na cztery spusty. Kiedy pojawił się tam klub muzyczny Melodia (podobno była to jedna z nazw klubów, które funkcjonowały w tej lokalizacji), pomyślałem że nareszcie, pójdę i zobaczę miejsce, gdzie na bank Konwicki i Dygat pili wódkę. Niestety – selekcjoner przy drzwiach zawsze odprawiał mnie z kwitkiem mówiąc „impreza zamknięta”. Kiedy w końcu wylądowałem tam na jakimś zamkniętym bankiecie, trochę się rozczarowałem. Przecież to nie wyglądało wcale tak, jak na filmie, jakieś małe miejsce, ciemne, w którym miejscu siedziała Lidka, gdzie było to przejście do budynku KC, co jest oryginalne sprzed wojny, jak to właściwie wyglądało, setki pytań… Dobudowałem sobie jakąś legendę dookoła tego miejsca, no a jak to bywa z legendami – raczej nie wytrzymują starcia w kontakcie z rzeczywistością. Trudno.

Po jakimś czasie Melodię zamknięto, nie żałowałem, kluby powstają, kluby padają, a ja nie byłem tam częstym gościem ze względu na wspomnianą selekcję. Tylko ten neon na szczytowej ścianie został i nadal nie świecił. Mijały lata, aż w pewnym momencie na froncie kamienicy nad wejściem pojawił się nowy napis, tym razem chodziło o, khm khm, ‚gentelman’s club’ o nazwie Hustler. Zobaczywszy to jednak nie wszedłem, wystarczyło mi, że moi heteroseksualni kumple ciągali mnie do takich przybytków w ramach wieczorów kawalerskich. Najpierw coś mnie ukuło w sercu, bo przecież Dygat, Konwicki i ta przedwojenna modernistyczna bryła, a potem pomyślałem, że historia zatoczyła koło i w tym samym miejscu po kilkudziesięciu latach znowu działa lokal z fordanserkami. Tyle że nie używa się już słowa „fordanserki” a raczej „tancerki”, „striptizerki” albo zgoła „dziwki”. Nie wiem, kto w takim lokalu bardziej jest towarem – klienci czy pracownice. Wchodząc do takiego klubu zawsze czułem się jak chodzący portfel. Ubrane w bieliznę dziewczyny podchodzące do klientów z zapytaniem „czy chcesz, żebym dla ciebie zatańczyła”. Gdybym był heteroseksualny, pewnie bym uległ urokom, a tak to tylko pozostało mi sączenie absurdalnie drogich alkoholi i przypatrywanie się, jak bawią się kumple. Do tej pory paniom z różowymi parasolami zapraszającymi mnie wiadomo gdzie, zawsze odpowiadam „sorry, jestem gejem” i kolekcjonuję odpowiedzi: „aha, to przepraszam”, „ale niech przyprowadzi pan kolegów”, „miłego wieczoru”, „proszę, tu nasza wizytówka”, do tego kolekcja szeroko otwartych oczu i dość spontanicznie prezentowanych na twarzy grymasów. Na potrzeby tego tekstu chciałem przejść się do Hustlera z wizytą porównawczą, ale odbiłem się od drzwi. Świecące się od potu czoło, krótkie spodenki, kolczyk w nosie i tatuaże – nie wyglądam na srającego pieniędzmi gentlemana, który w przypływie emocji zostawi w klubie połowę pensji. Nie mam żadnej pensji. Nie udało się, ale domyślam się, co zastałbym w środku. Dziewczyny ubrane w bieliznę, kiepska muzyka atakująca z głośników, absurdalnie drogie alkohole i pijani klienci, solo lub w grupach, płacący za towarzystwo. Do wizerunku gentlemanów im daleko. Ale co się dzieje w klubie, zostaje w klubie. No chyba, że ściąga się niemal milion złotych ze służbowej karty kredytowej, wtedy robi się afera na całą Polskę.

wadowice24